24 kwietnia 2018

Giro d’Italia na hulajnodze!

Jak już wielokrotnie pisaliśmy jesteśmy fanami hulajnóg Yedoo. Ten artykuł udowadnia, że nie tylko my oraz dobitnie pokazuje, że nasz zachwyt jest w pełni uzasadniony. Pokazuje też, że niemożliwe może stać się możliwe. Potrzebna jest tylko ogromna determinacja i duża ilość potu wylanego podczas treningów. Plus odpowiedni sprzęt…

Bohaterowie naszego artykułu cztery lata temu wzięli udział w setnym wydaniu Tour de France, pokonując trasę na hulajnogach. W roku 2017 wyruszyli na trasę setnego wyścigu Giro d’Italia, najtrudniejszego wyścigu kolarskiego na świecie. Też na hulajnogach… Jakie były między tymi wyścigami różnice i jak poradzili sobie z trudnościami włoskiej trasy?

Z siedmioosobowej ekipy KICK ITALY 2017, zespołu w składzie Vašek Liška, Alpo Kuusisto, Jarda Odvárka, Kuba Kopecký, Michal Kulka, Tomáš Pelc i Honza Vlášek porozmawialiśmy z pierwszym spośród nich, Václavem Lišką, który jest też prezesem Czeskiego Związku Hulajnogowego.

Pytanie: po Tour de France powiedzieliście sobie „nigdy więcej”. Dlaczego? Co było trudnego w tym wyścigu i dlaczego jednak zmieniliście zdanie, aby wyruszyć na trasę Giro?

Odpowiedź: zgadza się, tak powiedzieliśmy… Byliśmy wykończeni, nie tylko fizycznie, ale również psychicznie. Dochodziliśmy do siebie przez kilka miesięcy, więc po co przechodzić przez to po raz kolejny? Niemniej jednak, życie to przecież przygody, nowe cele, doświadczenia. Część z nas została hulajnogowymi mistrzami świata i rozglądała się za kolejnymi wyzwaniami a setny Giro prezentował się, sam w sobie jako niesamowite wyzwanie. Wspierałem zespół i chciałem włączyć się w organizację tego wydarzenia ale sam nie chciałem brać w nim udziału, aby ponownie nie doświadczyć tego bólu… Ale chłopaki przekonywali mnie, że powinienem spróbować. W związku z czym zacząłem trenować w tajemnicy i po dwóch miesiącach (dokładnie na sześć miesięcy przed wyścigiem) powiedziałem im, że jednak spróbuję zrobić to z nimi.

P: Giro był trudniejszy a mimo to wyglądało na to, że znieśliście go o wiele lepiej. Jak to możliwe? Więcej trenowaliście? Doświadczenia z Francji i lepsze przygotowanie, organizacja czy lepszy zespół serwisowy…?

O: po pierwsze wiedzieliśmy już, na co się porywamy. Jechaliśmy wolniej, próbując cieszyć się jazdą, jeśli można to tak ująć. Więcej odpoczywaliśmy. Wiedzieliśmy już co powinniśmy robić a czego nie. W dodatku mieliśmy znakomity zespół serwisowy, bez którego to po prostu nie byłoby możliwe.

P: spałeś średnio cztery godziny dziennie, jak czuje się ktoś, kto nie dosypia przez 24 dni z rzędu? Z czym jeszcze musiałeś mierzyć się w Giro, poza brakiem snu?

O: tak naprawdę spałem średnio 4 i pół godziny 🙂 Ale mówiąc poważnie ma się wtedy wyraźnie spowolnione reakcje, człowiek nie jest tak szybki. Jedzie się w szczególny sposób. Jakikolwiek gwałtowny lub dodatkowy ruch sprawia ból. Niektórzy z nas musieli leczyć otarcia, ja musiałem czekać, aż moja opuchnięta kostka wydobrzeje. Ale przede wszystkim potrzebowaliśmy luzu i spokoju, którego nikt tak naprawdę nie miał, musząc następnego dnia znowu dawać z siebie wszystko.

P: czułeś w jakimkolwiek momencie, że pękasz?

O: o tak! Na siódmy etapie, który miał ponad 230km. Dwa dni z rzędu spałem po cztery godziny, 90km trasy tego etapu przebiegało autostradą, więc jechaliśmy bocznymi drogami nadrabiając coraz więcej kilometrów. Czasami droga się kończyła z powodu braku mostu, więc musieliśmy dostać się na autostradę, przejechać nią 1-2km i z powrotem wrócić na boczną trasę. Dodatkowo wiał wtedy mocny boczny wiatr i wysiadłem psychicznie. Ostatnie 80km przejechałem z myślą, żeby dojechać do końca etapu i na tym poprzestać. Odpocząć potem dwa dni i wspierać pozostałych chłopaków. Nad ranem jednak Michał Kulka przekonał mnie, żebym spróbował przejechać 30km i zobaczył jak będzie. Giro nie jest wyścigiem, który można poddać z perspektywy namiotu. To mnie przekonało i w efekcie zatrzymałem się dopiero w Mediolanie 🙂

P: jesteś jedyną osobą w zespole, która ukończyła całą trasę jadąc tylko na Yedoo Wolfer (inni zmieniali hulajnogi z Kickbike na Yedoo, wyjątkiem był Honza Vlášek, który przejechał cały wyścig na hulajnodze Kickbike). Wliczając treningi przejechałeś na nim ponad 6 tysięcy kilometrów. Jak się dogadywaliście?

O: zostaliśmy przyjaciółmi! Kuba Bostl pomógł mi dopasować Wolfera ściśle do moich potrzeb. Były to jedynie modyfikacje uchwytów kierownicy i długości jej trzonu, tak aby konfiguracja zapewniała jak największy komfort podczas jazdy. Poza tym chciałem na przednim kole mojego Wolfera mieć zamontowany hamulec, z którym jechałem Tour de France. Poza tymi zmianami był to zwykły, fabryczny model Yedoo Wolfer.

P: przy tak długiej trasie ważne jest, aby wyregulować hulajnogę stosownie do wzrostu i stylu jazdy jeźdźca. Co było dla Ciebie najważniejsze przy tej regulacji?

O: kierownica. Po przerobieniu kierownicy zazwyczaj dostajesz, to o co chodzi. Nie sama hulajnoga ale właśnie kierownica. Dodatkowo porządny przedni hamulec i dźwignia hamulca zamontowana po prawej stronie, ponieważ wtedy lepiej ją czuję. I dobre przednie koło, które będzie się pięknie toczyło, dzięki czemu oszczędzasz swoją energię.

P: o czym, w kontekście wyposażenia, ustawień hulajnogi i kondycji fizycznej, powinien pamiętać jeździec, przygotowujący się do wakacyjnej wyprawy na hulajnodze?

O: kask, rękawice i okulary. Ja mam okulary z wymiennymi szkłami, które chronią moje oczy zarówno w nocy, jak i przy ostrym słońcu. Poza tym powinien zabrać przyjaciół, dobry humor i rozsądek. Wiele hulajnogowych niepowodzeń powodowanych jest przez zaniedbania i przez przecenianie swoich możliwości. Stąd konieczność zaprzężenia do wyprawy zdrowego rozsądku, trzeba też pić i jeść w odpowiednich ilościach. Podczas Giro ja sam często czułem się na tyle źle, że nie miałem ochoty ani pić ani jeść, bez wmuszenia w siebie picia i jedzenia na pewno nie ukończyłbym jednak wyścigu. Myślenie i dyscyplina są konieczne.

P: w Giro towarzyszyły Tobie dwie najważniejsze w Twoim życiu kobiety. To pomagało, czy czułeś większy ciężar odpowiedzialności w związku z obecnością bliskich?

O: to była nieoceniona pomoc. Mama wykonała kawał dobrej roboty w bazie (zespół przenosił cały ekwipunek, gotował, prał, rozkładał i składał namioty itd.). Martinka często jechała jako wsparcie w jednym z towarzyszących nam samochodów. Nie musieliśmy nawet rozmawiać, samo zobaczenie jej dawało mi niesamowitą siłę. Mimo, że nie było tego widać na pierwszy rzut oka 😉

P: zespół serwisowy ciężko pracował, sypiając nie więcej, niż Wy, był zajęty cały dzień. Ile osób Wam pomagało? Czy ciężko było ich zrekrutować?

O: byli niesamowici! Często spali nawet mniej, niż my i bez ich pomocy z pewnością nie osiągnęlibyśmy celu. W sumie w zespole było 18 osób, które rotowały. Przeciętnie mieliśmy do dyspozycji 10-11 ludzi. Z rekrutacją poszło łatwo, co oczywiście nas ucieszyło, niektórzy nawet poświęcili soje wakacje aby być z nami.

P: jak sfinansowaliście całą podróż?

O: z dwóch głównych źródeł. Sponsorzy / partnerzy projektu wyłożyli większość środków. Integralną częścią budżetu były też pieniądze ze sprzedaży gadżetów z logo (czapeczki, kaski, opaski, bluzy, skarpetki uciskowe, bidony) oraz z kampanii crowdfundingowej. Ta część zajęła mnóstwo pracy ale byłem naprawdę zadowolony, że rosnąca społeczność hulajnogowa przyłączyła się do nas. Ci ludzie wspierali nas a jednocześnie sami skorzystali, przygotowując się lepiej do własnych wypraw.

P: z czego składała się Wasza dieta i jakie suplementy stosowaliście? Co być polecił tym, którzy wybierają się na tak długą wyprawę?

O: dieta musi być naprawdę zróżnicowana, aby w trakcie prawie miesięcznej wyprawy żołądek się nie zbuntował i dał radę przyswajać wszystkie niezbędne składniki. Jedliśmy bardzo dużo. Bagietki z szynką, sery, makarony, mięso, sałatki. Musli i otręby na śniadania. Nawet to nie byłoby wystarczające bez suplementów – żele, napoje izotoniczne, batony energetyczne, sole, magnez… Opychaliśmy się wręcz tym wszystkim. Dobrze jest mieć zawsze pod ręką jakiś żel, baton, czy ciastko. Resztę można po prostu kupić po drodze. Dobrze też mieć dwa bidony, jeden z czystą wodą, drugi z napojem z dodatkiem niezbędnych witamin.

P: ile kilogramów schudłeś?

O: dwa kilogramy. Ale wizualnie pewnie z dziesięć – moje ciało kompletnie się zmieniło, pojawiły się ponownie mięśnie, których nie widziałem już od bardzo dawna 🙂

P: który etap Giro poleciłbyś do pokonania dla naszych czytelników? Jakieś pomysły na weekendowy wypad?

O: to zależy od preferencji czytelnika. Mi podobały się Alpy. To dopiero było doświadczenie! Piękne, górskie widoki i wspaniałe zjazdy, dużo turystów i pamiątek. Dla tych, którzy wolą spokój i wino poleciłbym Toskanię z niewielkimi pagórkami, winiarniami i zagrodami. Zaskoczyła mnie Sycylia, która była nieprawdopodobnie zielona na początku maja. Sardynia też jest przecudowna. We Włoszech każdy znajdzie coś dla siebie.

Tłumaczenie wywiadu publikujemy dzięki uprzejmości firmy INTREA-PIKO, s.r.o., właściciela marki Yedoo. Na Wasze pytania i komentarze czekamy na profilu www.facebook.com/zwinnemiasto oraz pod adresem zwinnemiasto@gmail.com.

Have Fun!

Ta strona używa COOKIES! Korzystając z niej wyrażasz zgodę na wykorzystywanie cookies, zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki.